Home > Fotografia, Różne > 20 minut od szczytu

20 minut od szczytu

Dokładnie dziesięć lat temu, też w okolicy 14. Października wspinaliśmy się m.in. na Rysy. Pogoda była pierwszorzędna. Kilkanaście stopni ma plusie, błękitne niebo – tylko się zachwycać taką aurą. Zabrakło nam kilkunastu minut, może 20 żeby zdobyć ten najwyższy polski szczyt. Dwadzieścia minut do góry, to nie zawsze tyle samo w dół. Z reguły zejście jest dużo bardziej czasochłonne, bo wymaga większej ostrożności. Dlatego nie zaryzykowaliśmy. I tak wtedy na Łysą Polanę wracaliśmy grubo po zmroku. Tempo nadawała nam świadomość wygłodniałych niedźwiedzi, które grasowały w tym okresie. Do dziś pamiętamy ten mrożący krew w żyłach pomruk dochodzący gdzieś z lasu.


Tamten wypad był trzydniowy, tak jak i ten, od dawna zaplanowany na ten rok. Pierwszy weekend października był bardzo ładny. Chłodny, ale słoneczny. To dawało nadzieję, że i tym razem będziemy mieli szczęście do pogody. W międzyczasie jednak pojawiła się informacja, że na Kasprowym spadło 33 cm śniegu. Do tego prognozy mówiły o deszczu, chłodzie i wszystkim tym, co nie jest raczej miłe dla górskiego wędrowca. A plany były ambitne, bo mieliśmy z pełnym ekwipunkiem przejść od Tatr Zachodnich, spać w Murowańcu, potem w Dolinie Pięciu Stawów i zakończyć wejściem na Rysy, na szczyt :)


Dzień pierwszy


Dojazd z Warszawy – TLK o 6.07, w Krakowie miał być 9.15. A przyjechał…o 10. W efekcie prawie przepadły nam bilety na autobus firmy Szwagropol do Krakowa. W ostatniej chwili, już z pociągu, udało się telefonicznie przesunąć bilety na kolejny kurs o 10.15. W efekcie w Zakopanem byliśmy o 12.30 a kwadrans później w Kuźnicach. Tu dodać też trzeba, że już w drodze do Zakopanego padał intensywny deszcz, który im bliżej stolicy Tatr tym bardziej był śniegiem, niż deszczem. Już w autobusie wiedzieliśmy,że ambitne plany trzeba będzie zrewidować. Dlatego też znaleźliśmy się w Kuźnicach. Białych od śniegu. Cel pierwszy – Schronisko na Hali Kondratowej. Docieramy tam po około godzinie marszu. Śnieg cały czas pruszy, a widoczność. Co to jest widoczność? Góry spowite są mgłą, chmurami. Widać niewiele. Niestety dość upakowany plecak daje się każdemu z nas we znaki. W schronisku obowiązkowa jest zmiana podkoszulki. Zostawiamy plecaki, dogadujemy wstępnie, że będziemy spać na glebie i idziemy na Przełęcz pod Giewontem, z opcją wejścia na Giewont(w schronisku spotykamy bardzo niedzielnych turystów, którzy dopiero co tam byli) lub Kopę Kondracką. Bez plecaków idzie się lżej, ale trasa daje ostro w kość. Docieramy na Przełęcz i próbujemy zaatakować Kopę. Śnieg sypie intensywnie, widoczność marna. Po kilkuset metrach zawracamy, bo szlak jest zawiany i trudno o pewność, co do kierunku jaki trzeba było obrać.

Wracamy na Przełęcz i próbujemy na Giewont. W międzyczasie trochę mnie odcina, ale batony z czekoladą i orzechami szybko mnie regenerują. Idziemy w kierunku Giewontu. Widoczność i aura bez zmian. Prawie tradycyjnie, 20 minut od szczytu odpuszczamy.

Nie ma sensu wbijać na górę skoro prawie nic nie widać a i pora nie jest już wczesna. Schodzimy do schroniska tą samą drogą. Na Hali Kondratowej jesteśmy przed 17. Perspektywa spędzenia w nim kolejnych 5 czy 6 godzin do czasu snu nie jest zbyt fajna. Szybki telefon na Kalatówki i okazuje się, że przyjmą nas tam z otwartymi rękoma za stawkę podobną do schroniskowej (43pln za os ze śniadaniem). Godzinę później jesteśmy na Kalatówkach. Śpimy w łóżkach z pościelą itp. Dźwigane śpiwory, karimaty i ręczniki okazują się bezużyteczne.


Dzień drugi


Prognoza zarówno w ICM jak i AccuWeather mówi o kolejnych opadach śniegu. Ale na horyzoncie, na niedzielę zapowiadana jest ładna, słoneczna pogoda. A ponoć nie ma nic piękniejszego niż obudzić się w Pięciu Stawach przy takiej, idealnej aurze. Plan na dzień drugi to przez Krzyżne dotrzeć do wspomnianego schroniska. Pobudka o 8, śniadanie i przez Kuźnice, Dolinę Jaworzynki docieramy do Murowańca. Po raz kolejny zapominam, żeby dopakować organizm węglowodanami i znów prawie mnie odcina. Kubeczek gorącej herbaty i kolejny baton działają zbawiennie. W Murowańcu jakaś ogromna ilość ludzi. Znajdujemy dla siebie miejsce, jemy, pijemy i zaraz w dalszą drogę – z mapy wynika, że przez Krzyżne potrzebujemy co najmniej 4 godzin. Ale co to? Kolejna zmiana planów! Dostajemy od Toprowca informację, że szlak przez Krzyżne jest nie przetarty, a jedyna opcja, to Zawrat. Dość ciężkie plecaki plus łańcuchy tuż przed szczytem jakoś nie napawają nas optymizmem, ale bardzo chcemy przejść na drugą stronę, dlatego ruszamy. Najpierw szlakiem na Czarny Staw Gąsienicowy. Po drodze zagadujemy dwóch bardzo wprawnych górołazów, którzy rozwiewają nasze nadzieje. Sami, mimo raków i lekkich plecaków odpuścili jakieś 20 minut przed szczytem, tuż przed łańcuchami. Okazało się, że na górze jest nie tylko kiepska widoczność, intensywnie padający śnieg, zimno to szlak jest zasypany, i bez problemu można w nim zapaść się prawie po pas. Kolejny raz podczas tego wyjazdu żałuję, że nie zapakowałem ochraniaczy. Dalej mijamy kolejnych zrezygnowanych, którzy podobnie jak my mieli nadzieję następnego dnia obudzić się nad Pięcioma Stawami. Nie ma nic gorszego niż dwa razy iść tą samą drogą. Poza tym przyjechaliśmy żeby chodzić po górach, a nie wygrzewać się godzinami w schroniskach.

Nad Czarnym Stawem drogowskazy pokazują: w lewo na Zawrat, w prawo na Karb/Kościelec. Szybkie spojrzenie na mapę i już wiemy, że wrócimy do Murowańca właśnie przez Karb. Podejście jest wymagające i może nawet trochę niebezpieczne, trawers w niezwiązanym śniegu czasami gwarantował nam skok adrenaliny. „Najciekawiej” było już na górze – wąska ścieżka, po bokach przepaście, a przed nami Kościelec.

Dobrze, że mgła część przesłaniała. Potem było już z górki. Bardzo przyjemny spacerek między zamarzającymi stawami. W Murowańcu jesteśmy przed 16, i… Decyzja, że idziemy dalej. A raczej wracamy na Kalatówki, tym razem niebieskim szlakiem, przez Boczeń.

Ostatni odcinek, z Kuźnic na Kaltówki idziemy ostatkiem sił. Tego dnia przeszliśmy ponad 19 km, w pionie… I to wszystko z plecakami. Gdybyśmy tylko wiedzieli, że wrócimy do Kalatówek, czy chociażby do Murowańca. Aura nas zaskoczyła całkowicie. I znów noc w łóżku z pościelą, a śpiwory i karimaty dalej w plecakach. Pani na recepcji w Kalatówkach potwierdziła piękną pogodę zapowiedzianą na niedzielę. Już wieczorem, tuż przed snem widać kontury szczytów oświetlone blaskiem księżyca. To tylko potwierdza jak ładnie będzie w niedzielę.


Dzień trzeci – dzień rekordów

Skoro piękna pogoda, to trzeba wbić się na górę i trochę pozachwycać. Plan jest dość prosty – poranna msza w pustelni brata Alberta, potem kolejką na górę i grzbietami przez niezdobytą Kopę Kondracką do doliny Małej Łąki. Trochę z zegarkiem w ręku, bo o 16.40 musimy być na Dworcu Autobusowym w Zakopanem.

Wszystko super, tylko, że chętnych na wjazd kolejką jest tylu, że stania w kolejce jest co najmniej na godzinę. W Kuźnicach jesteśmy koło 10.30, a do kolejki wsiadamy dopiero o 12.45. Bo(!!!) jak się dowiedzieliśmy praktycznie dopiero przy kasie, jakąś decyzją administracyjną, do wagonika wpuszczane jest tylko 30 zamiast 60 osób.

Ktoś zabrał nam godzinę i zmusił do zmiany planów. Na Kasprowym jesteśmy chwilę po 13. Kwadrans później ruszamy. Cel numer jeden to Przełęcz pod Kopą Kondracką. Po raz pierwszy podczas tego wyjazdu trasę pokonujemy powyżej, a nie poniżej czasu przejścia podanego na mapie. Na przełęczy jesteśmy o 15. Bez złudzeń wiemy, że to praktycznie koniec przygody. I znów, jesteśmy 20 minut od szczytu.

Do schroniska na hali jest godzina, stamtąd do Kuźnic kolejna. Tyle podają mapy i znaki szlakowe. My z przełęczy dosłownie zbiegamy. Po raz kolejny żałuję, że nie mam ochraniaczy – kopny śnieg wsypuje mi się do butów, a nogawki spodni znów zamarzają. Zamiast godziny, potrzebujemy na to 30 minut. Kilka minut odpoczynku przy schronisku, czas na przebranie przepoconych ubrań i dalej w drogę.

Tym razem nie idzie tak szybko. Trasę na godzinę pokonujemy w aż 40 minut. Z Kuźnic busik na dworzec gdzie jesteśmy 16.32. Jest czas na spokojny, bez pośpiechu zakup oscypków, a raczej serów tradycyjnych, bo sprzedawczyni nie wyglądała na posiadaczkę praw do produkcji tych wspomnianych. Chwilę później wsiadamy do autobusu a kilkanaście km dalej żegnają nas w oddali pięknie prezentujące się w barwach zachodzącego słońca Tatry.

Czas wracać.


Epilog


Wszystko pięknie. Wydaje się, że zrealizowaliśmy maksimum jakie było do zrealizowania w tym czasie i tych warunkach. Zasiadamy w wygodnym autobusie Szwagropolu i kierujemy się w kierunku Krakowa. Droga momentami bardzo się korkuje, a mimo to kierowca trzyma się rozkładu jazdy ze szwajcarską precyzją. To wszystko dzięki dobrej informacji i doskonałej znajomości drogi, a raczej dróg alternatywnych. Dzięki jego zabiegom już wiem jak płynnie wyjechać z Zakopanego, tak samo jak płynnie, w niedzielny wieczór wjechać do Krakowa zjeżdżając z zakopianki kilka km przed granicą grodu Kraka. Prywatna firma musi dbać o zadowolenie klienta, dlatego nie ma miejsca na spóźnienia i inne niedoróbki. W przeciwnym razie pustki w autobusach, a co za tym idzie rychłe bankructwo szybko zapukałoby do jej drzwi. Szybko przekonujemy się o tym, że zgoła odmienna sytuacja ma miejsce u naszego narodowego przewoźnika kolejowego czyli PKP. Na kilka minut przed przyjazdem naszego pociągu z ledwo słyszalnych megafonów dowiadujemy się, że skład opóźniony jest o bagatela sto dwadzieścia minut(120!!!). Nasz plan dotarcia do domu przed północą szybko legnie w gruzach. Niestety to nie koniec, bo opóźnienie wydłuża się do 160 minut. W efekcie w Warszawie jesteśmy chwilę po trzeciej nad ranem. A o 7 pobudka do pracy…


*Na odszkodowanie ze strony PKP liczyć nie możemy, bo Minister Infrastruktury tak skonstruował przepisy, że m.in. składy InterRegio nie podlegają pod ustawę o odszkodowaniach z winy przewoźnika.

1. Góry są nieobliczalne. Pogoda w górach jeszcze bardziej. Nawet w środku lata trzeba mieć pewien respekt.

2. Jeśli planujesz iść w wyższe partie, powyżej schronisk, to spodziewaj się każdych warunków. Zwłaszcza jesienią i późną wiosną.

3. Zachowaj wspomnienia. Zabrałem na ten wyjazd lustrzankę, bo nie umiem iść na kompromis jeśli chodzi o zdjęcia(zawsze tak mówię). W efekcie aparat spędził praktycznie cały czas w plecaku, bo pogoda, bo za zimno, bo mi się nie chce, bo w końcu muszę kupić coś wytrzymałego co nie zepsuje się od uderzenia o skałę. Na przykład coś z serii Tough (którą testowałem) – małe, odporne, mieści się w kieszeni i robi całkiem dobre zdjęcia.